Dlaczego przed sobą uciekasz?

Jak długo jeszcze chcesz uciekać od siebie?

zapytałam ostatnio na forum publicznym. Dostałam różne odpowiedzi.
Usłyszałam, że to niemożliwe, że to iluzja, że nie da się od siebie uciec. Jedynie od czegoś w sobie, jakiejś części, może tak… Ale od siebie nie.

No to ja pytam – co jeśli tak bardzo utożsamiamy się z tą częścią, jakby była nami?
Czy nie jest to uciekanie od siebie?

Dlaczego uciekamy? Dlaczego siebie unikamy?

Najczęściej dzieje się z tak z powodu trudnych przeżyć w dzieciństwie, włączając w to poród i okres prenatalny. Spotykają nas przeżycia, z którymi, jako dzieci, nie jesteśmy w stanie sobie poradzić.

Weźmy poród. Nawet nie musi to być nic bardzo trudnego, jak zagrożenie życia czy cesarskie cięcie. Nawet zwykły, najzwyklejszy poród jest dla dziecka ciężkim przeżyciem. Przez dziewięć miesięcy pływamy sobie spokojnie w worku owodniowym, dostajemy wszystko, czego potrzebujemy przez pępowinę. O nic nie trzeba się martwić, o nic zabiegać. Nagle jakaś siła ciągnie nas w dół, musimy się przeciskać przez ciasny kanał rodny przez wiele godzin, balansując nieraz na granicy życia i śmierci. W końcu dostajemy się do zupełnie innego świata, gdzie panuje o wiele niższa temperatura, jakieś obce ręce chwytają nas i zabierają od mamy, zbyt szybko przecinana jest pępowina, w związku z czym zaczynamy się dusić i musimy gwałtownie wziąć pierwszy haust powietrza. To bardzo boli. Bardzo. Ból jest tak wielki, tak wielki jest strach przed śmiercią, że trzeba zrobić cokolwiek, żeby przetrwać i tego bólu i strachu nie czuć.

Jedną ze strategii przetrwania jest odcięcie się od uczuć, zamrożenie.

Część, która tak bardzo boli, zostaje wyparta, zepchnięta głęboko do podświadomości, a jako przykrywka służą różne iluzje. Mózg kreuje te iluzje, żeby móc trzymać w zamknięciu strach i ból. Iluzje różnie mogą wyglądać.
Możemy zamknąć się w sobie, unikać ludzi, począwszy od naszej własnej mamy. Nie ma co się przywiązywać do nikogo, bo i tak to nie będzie na długo, i tak nas stamtąd zabiorą.
Możemy uznać, że świat jest niebezpieczny, trzeba cały czas się bronić i trzymać gardę. Obrosnąć w zbroję, obudować ciało i serce.
Takie zamrożenia i uzbrojenia widać gołym okiem – człowiek chodzi i trzyma się sztywno, ma usztywnioną szyję. Słychać je też w słowach – człowiek twierdzi, że o wszystko na tym świecie trzeba ostro walczyć i wciąż udowadniać swoją wartość.
Przykład takiego podejścia spotkałam w dyskusji dotyczącej naturalnego porodu. Mowa była o porodzie lotosowym (jeśli ktoś nie wie co to – odsyłam do wujka google) i zbyt szybkim odcinaniu pępowiny. Jedna z dyskutantek uznała, że czekanie z odcięciem pępowiny jest skrajną głupotą i, skoro kobiety od lat tak rodzą, to o co ten raban?
Tak… Wiele rzeczy od lat się dzieje, co nie znaczy, że są one dobre.

Niechęć do zmian i brak chęci poznawania nowych rzeczy jest hamulcem wszelkiego rozwoju.

Rozumiem jednak to zaciekłe wyparcie, znam tę dziewczynę  i wiem, że jej poród przebiegał dość dramatycznie, równie dramatycznie rodziła się dwójka jej dzieci. Dlatego ma ona bardzo silnie wbudowany program walki. Walczy ze wszystkimi i o wszystko – z partnerem, rynkiem, państwem, konkurencją. Osiąga sukcesy w biznesie, jednak są one okupione tak wielkim kosztem i takim napięciem, że co i rusz dopada ją jakaś choroba, klęska czy inne zdarzenie, jednoznacznie wskazujące, żeby się zatrzymała i spojrzała w siebie. Póki co, nie chce tego zrobić, pomimo, że bardzo się męczy. Najwyraźniej wciąż jeszcze za mało, jeszcze do czegoś ten program jej potrzebny. Nie wierzy, że można bezkolizyjnie pogodzić macierzyństwo z biznesem, nie wierzy, że można cokolwiek osiągnąć bez walki i ciężkich zmagań. Rozumiem ją bardzo dobrze. Miałam identyczne podejście do życia, też potrzebowałam dużo się namęczyć lub, jak to mówi bliska mi osoba, nachetać.
Jak już się naprawdę zmęczysz i nachetasz, Aniu*, jak już będziesz mieć naprawdę dość, zapraszam do kontaktu. Wiesz, że tu jestem i dzielę się chętnie. (*imię zostało zmienione)

Pomimo, że paraliżuje nas lęk, pomimo, że tak bardzo nie chcemy tam iść i popatrzeć, warto to zrobić. Warto dla siebie i dla swoich dzieci. Spojrzenie w oczy prawdzie składa wszystkie nasze rozszczepione kawałki w całość. Kiedy jest w nas prawda, mamy pełny kontakt ze sobą samym, z całym zintegrowanym sobą. Wtedy nie ma już potrzeby przyciągania sytuacji i ludzi, którzy nam mają o tych zapomnianych, wypartych kawałkach przypominać. A są to tacy ludzie i takie sytuacje, które nas poruszają, wobec których mamy ochotę mocno zaprotestować, które wywołują w nas obrzydzenie, oburzenie, niechęć i niezadowolenie. Te, które nas wkurzają i wytrącają z równowagi. Te, które burzą nasze “spokojne” i “poukładane” życie, pokazując na jakich lichych fundamentach ten spokój i poukładanie zostały zbudowane.

Katarzyna Stańczak
coach oddechem i certyfikowana terapeutka połączonych metod:
– Systemowej pracy z rodziną wg Berta Hellingera
– Szkoły Miłości w Rodzinie wg etyki Prekop
KONTAKT

Za zdjęcie dziękuję Gerd Altmann – Pixabay.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o