Ślubny pierścionek

6 czerwca 2019 roku wzięłam ślub. Jego znakiem był srebrny pierścionek z zielonkawym oczkiem. Ubrałam piękną zieloną sukienkę, a na moim palcu znalazł się ślubny pierścionek. Byłam podekscytowana i wzruszona. To był bardzo piękny i ważny dzień.
5 stycznia 2020 roku pękł mój ślubny pierścionek.
Co to oznacza?

Latem ubiegłego roku brałam udział w dniach otwartych Szkoły Miłości Karo Akabal w grupie Eros. Kobiecy Krąg.

Jednym z rytuałów, do których zostałyśmy zaproszone było… poślubienie… siebie samej.

Aby zawsze pamiętać, kto jest dla ciebie najważniejszą w życiu osobą. Aby już nigdy siebie nie opuścić i nie zaniedbywać. Aby się kochać i szanować.

Poślubiłam się srebrnym pierścionkiem z zielonkawą masą perłową, który mam od bardzo dawno. Kupiłam sobie kiedyś nad morzem jako nastolatka. Ubrałam piękną zieloną sukienkę, pasującą do pierścionka. No i się poślubiłam. Wygłosiłam do siebie piękną miłosną mowę, obiecałam wieczną miłość i wsparcie.

Od tamtej chwili pierścionek był zawsze na moim serdecznym palcu. Kąpałam się w nim, pływałam, zagniatałam ciasto, robiłam wszystko. Miło było go czuć i pamiętać o swym ślubie.

Zauważyłam, co prawda, że się trochę odkształca od tych codziennych czynności, bo jest z dość cienki. Nosiłam go jednak nadal, co jakiś czas starając się przywrócić mu kształt okręgu.

6 miesięcy po ślubie przechodziłam kryzys. Coś się we mnie dopełniało, czyściło, uwalniało. Ból ciała, duszy, zaciśnięcie w środku. Sama ze sobą nie mogłam wytrzymać. Falowanie góra-dół, od spokoju i przepływu, do odpalania się wielu starych karmicznych więzów.

4 stycznia długo płakałam w nocy. Nie było świadomej przyczyny. Chyba ciało nie wytrzymało już napięcia. Od kilku dni byłam bowiem na granicy. Jakby ktoś mnie trzymał za gardło. Jakby ktoś mnie zakuł w kajdany. Albo ubrał w zbroję. Albo wkręcił w imadło. No i nagle w środku nocy coś puściło. Po tym płaczu poczułam się dużo lżejsza i miększa. Jakby cała ta zbroja ze mnie odpadła. Jakbym rozkuła kajdany. Spokojnie zasnęłam.

Rano, 5 stycznia obudziłam się w dobrym nastroju i po raz pierwszy od bardzo dawna, nic mnie nie bolało. Czułam się jak młoda bogini.

Tego samego dnia, 5 stycznia, wieczorem, 7 miesięcy po ślubie, siedziałam wraz z moim partnerem przy stole. Rozmawialiśmy. Nagle usłyszałam trzask. Usłyszałam i poczułam.

Pękł mój ślubny pierścionek. Pękł dokładnie pośrodku swojej obręczy.

Być może nie wytrzymał tych codziennych obciążeń i nacisków. Tak, czy siak pękł…

Zdjęłam go ze swej ręki i…

… poczułam ulgę.

Ulgę niesamowitą i wolność. Jakby ktoś wpuścił we mnie świeże powietrze. Ach. Poczułam się jeszcze lżejsza i miększa.

Czy ja potrzebuję pierścionka, aby kochać siebie? Czy ja potrzebuję ślubu? Więzów? Kajdanów? Czy to całe siękochanie to przymusowe być musi, czy raczej chętne takie, samo z siebie płynące?

Bo ja dopiero teraz czuję, że kocham ot TAK. Bo nie da się inaczej. Bo chcę.

Codziennie od nowa. I codziennie inaczej.

Nic nie jest w życiu wieczne i nic nie jest zawsze takie samo. Warto co jakiś czas przewietrzyć i odkurzyć wszystkie kąty.

Przejrzeć, zdecydować – co ze mną rezonuje, a co, być może, niosę na plecach rok za rokiem, ot z przyzwyczajenia. A wcale już tego nie potrzebuję. Albo wręcz męczę się z tym.

Katarzyna Stańczak – coach oddechem i certyfikowana terapeutka połączonych metod:
– Systemowa Praca z Rodziną metodą Berta Hellingera – Nowe Ciche Ustawienia Rodzin
– Pojednanie z Rodzicami wg etyki Prekop
KONTAKT

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o